sobota, 12 września 2015

2.Wojna na słowa i spaghetti.

Wróciłam do domu trochę naburmuszona. Życie wyraźnie sobie ze mnie kpi. Udałam się prosto do swojego pokoju. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Zaczęłam wspinać się powoli po schodach. Wlekłam za sobą nogi i kiedy tylko dotarłam do swojego łóżka padłam na nie twarzą w dół. Wtuliłam głowę w poduszki i poczułam miłe ciepło otaczającej mnie puchowej krainy. Nie miałam ochoty czytać, słuchać muzyki, ani robić nic co robiłam zazwyczaj. Myślałam tylko o Nowym Jorku, o tym jaki jest piękny i jak bardzo chciałabym tam teraz być. No, myślałam też w małym stopniu o tamtym chłopaku. Nawet mi się nie przedstawił. Może jest jakimś stalkerem, a ja głupia podałam mu swoje imię? Zresztą, co da mu moje imię? Ale nie wyglądał mi na prześladowcę... Może nie miałam dużo czasu, żeby mu się przyjrzeć, ale mi go nie przypominał. Raczej takiego typowego podrywacza, który może mieć każdą. Podrywacza z bardzo ładnymi rysami twarzy, niebieskimi oczami i brązowymi włosami trochę ciemniejszymi niż moje... Egh... No dobra, myślałam o nim w odrobinkę ,,większym stopniu". Ale to bez znaczenia. Nowy Jork jest znacznie ważniejszy i myśl, że tak łatwo się poddałam strasznie mnie dołuje. Mogłam walczyć, szukać argumentów. Może mama by się zgodziła. Choć jest równie uparta jak ja. Chyba powinnam odpisać cioci Mary... Wstałam leniwie z łóżka i podeszłam do biurka, na którym leżał laptop. Włączyłam pocztę i zaczęłam pisać.
               Droga ciociu!
Nic z tego. Moi rodzice nie chcą się zgodzić. Uwierz, bardzo chciałabym pojechać do Nowego Jorku. Nawet nie wiesz jak bardzo. I chciałabym też spotkać się z tobą. Wątpię, żeby był jakiś sposób, żeby mama zmieniła zdanie. Przecież znasz ją... Musicie być siostrami, bo mój tata ma tylko jedną siostrę i jest nią ciocia Alice. Złośliwa z niej baba. Ale do rzeczy, chcę, żebyś wiedziała, że wyjazd do Nowego Jorku już od dawna jest moim marzeniem. I zrobiłabym wszystko, żeby je spełnić. Na koniec mam pytanie: będziesz w domu przez całe wakacje?
                                                                                       Całuski, Kayah

Chyba nie jest źle... Wysłałam e-mail i zamknęłam klapę od laptopa. Mam nadzieję, że ciocia odpisze szybko. Co do mojego pytania, może mama zgodziłaby się na wyjazd, gdyby sama ustaliła termin i długość pobytu? Mam taką nadzieję. Oparłam się na krześle i zamknęłam oczy. Otwarłam je szeroko kiedy usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Czy to możliwe, żeby odpisała tak szybko? Już miałam na nowo otworzyć laptop, kiedy mój wzrok padł na świecący ekran telefonu. No jasne, dostałam sms-a. Westchnęłam ciężko i sięgnełam po urządzenie.
                                   Kolacja.
To wiadomość od mamy. Czuję, że i tak nic nie przełknę, ale wstaję i ruszam w stronę drzwi. Jedzenie to ostatnie na co teraz mam ochotę. Jeszcze nie czas, żeby znów namawiać mamę, bo kolacja to raczej czas, kiedy powinno być spokojnie i miło, bez żadnych kłótni. Bo ja zdecydowanie nie chcę się kłócić, ale jeśli taka awantura sprawiłaby, że mogłabym odwiedzić ciocię to musiałabym się zastanowić, czy jestem taka pewna tego, że nie chcę tego robić. Doszłam do schodów. Westchnęłam głośno i zaczęłam schodzić. Ostrożnie stawiałam stopy na każdym schodku. Już kiedyś z nich spadłam i nie chciałabym tego powtórzyć. Kiedy zeszłam na dół automatycznie skierowałam się w stronę kuchni. Mama siedziała już przy stole. Bez słowa usiadłam naprzeciwko niej. Na kolację mieliśmy spaghetti. Lubię spaghetti, ale nawet tego nie przełknę. A może jednak... Dopiero na widok makaronu w sosie i tych przepysznych klopsików poczułam nagły głód. Owinęłam trochę makaronu na widelec i wzięłąm go do ust. Pyszny, jak zawsze. Spojrzałam na puste krzesło obok mojego.
-Taty nie ma?- spytałam zdawkowo. Dopiero teraz zauważyłam jego brak. Gapiłam się w swój talerz w kółko nawijając i ,,strzepując'' makaron z widelca.
-Jest w pracy- odpowiedziała mama.
-Do tej godziny?- zapytałam. Była 20:00, tata zawsze wracał o 18:00.
-Musiał zostać dłużej- no nie, czy to wojna na zdania zawierające tylko trzy słowa?
-Coś się stało?- spytałam.
-Miał jakiś problem.
-Jakiś poważny problem?- dobrze mi idzie.
-Nie, nic specjalnego- odpowiedziała.
-Kolacja mu wystygnie- zauważyłam. Nadal nie zamierzałam się poddawać.
-Potem ją odgrzeję- stwierdziła. I co ja mam teraz powiedzieć?
-Aha- burknęłam. Tym razem wygrała. Zauważyłam wyraz triumfu na jej twarzy. Przynajmniej nie jest zła. Zawsze są jakieś plusy. Wzięłam do buzi trochę spaghetti. Już łatwiej jest mi je jeść. Reszta kolacji minęła w milczeniu. Może to nawet lepiej. Gdybyśmy zaczęły rozmawiać nie wiem czy powstrzymałabym się przed zaczęciem tematu Nowego Jorku.
Wróciłam do pokoju mniej nachmurzona niż przed wyjściem z niego. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pomieszczeniu.Zaczęłam bębnić palcami po kolanie.Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Jakbym na coś czekała, ale nie wiem na co. Zmarszczyłam brwi próbując sobie coś przypomnieć. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że otwarłam szeroko oczy, a usta jeszcze szerzej. Zmusiłam swoje nogi do poruszenia się i pobiegłam w stronę biurka. W uszach dźwięczał mi odgłos przychodzącej wiadomości. Już wiem na co tak czekałam. No, w końcu się doczekałam.
          Kayah
Tak mi przykro. Na prawdę miałam nadzieję, że cię zobaczę. Twoja mama ma o mnie... nie najlepsze zdanie. To jest pewnie powodem jej oporu. Od zawsze trochę się różniłyśmy. Ale to jest teraz nieważne. Nie wiem jakie to ma znaczenie, ale tak, przez całe wakacje będę w domu. Może uda ci się jakoś przekonać rodziców. O jakichkolwiek postępach musisz mi koniecznie pisać!
                                                                                                        Ciocia Mary
Wodziłam oczami po tekście. Po przeczytaniu go odchyliłam się na oparcie fotela. Próbowałam przeanalizować wiadomości. Mama i ciocia się różnią... To znaczy, że jadąc do Nowego Jorku musiałabym się przyzwyczaić do całkowicie nowego otoczenia. Bardzo podoba mi się ta perspektywa. Dalej. Ciocia będzie przez całe wakacje w domu. Bingo! Teraz zostaje najtrudniejsza część, przekonać rodziców. Wcześniej trochę myślałam jak to zrobię i mam kilka pomysłów:
a.) płacz i błaganie- żałosne i poniżające, ale może być skuteczne
b.) przedstawienie plusów i minusów- moja mama i tak skupi się tylko na minusach, ale można spróbować
c.) groźba- mogłabym powiedzieć, że jak tam nie pojadę to coś sobie zrobię, ale wtedy zamiast w Nowym Jorku, mogłabym spędzić wakacje u psychologa.
Żadna opcja nie jest idealna, ale w tym momencie nie wymyślę nic lepszego. Pozostaje mi mieć nadzieję, że rodzice ulegną i w końcu będę mogła spełnić swoje marzenie.
                                            *************************
    Mam nadzieję, że się podoba :D (UWAGA! Teraz przeczytacie coś mało oryginalnego!)
Proszę o komentarze, które bardzo motywują! ;D

niedziela, 6 września 2015

1. Do wesela się zagoi

Przeczytałam ten list kilka razy. ,,Kochająca Ciocia Mary''. Dlaczego rodzice mi o niej nie powiedzieli? Nieważne, teraz już wiem i naprawdę BARDZO chcę jechać do Nowego Jorku. Zerwałam się z łóżka zrzucając przy tym kilka poduszek. Kiedy byłam już przy drzwiach uderzyłam dłonią w wyłącznik światła. Tata zawsze powtarza, że nie wolno marnować prądu. Zbiegłam po schodach pokonując po dwa stopnie na raz. Na samym dole zatrzymałam się nasłuchując. Mama była w kuchni i rozmawiała z panią Nickolson. Rzuciłam się w tamtym kierunku.
-Mamo!- zawołałam już w progu. Posłała mi zdziwione spojrzenie- Mogę spędzić w wakacje u cioci Mary w Nowym Jorku?
Otwarła szerzej oczy. Nie była zdziwiona, była po prostu w szoku. Widząc to dodałam:
-Prooszę.
Zrobiłam słodkie oczka. Ja MUSZĘ pojechać do Nowego Jorku. Wakacje zaczynają się już w przyszłym tygodniu, a dokładniej za pięć dni. Odliczałam do nich już w lutym, ale teraz czuję, że to tak naprawdę wieczność.
-Skąd wiesz o...?- spytała zdezorientowana.
Przewróciłam oczami.
-Wysłała mi list i zaproponowała, że mogę ją odwiedzić w wakacje, jeśli tylko chcę, a tak się składa, że bardzo chcę, a właściwie marzę o tym i byłabym bardzo, bardzo, bardzo zadowolona, gdybyście mi na to pozwolili, bo w końcu nie miałabym jechać do kogoś obcego tylko do cioci, więc praktycznie nie macie się czym martwić, bo mam już szesnaście lat i umiem sama o siebie zadbać- powiedziałam na jednym wydechu. Mam nadzieję, że wszystko zrozumiała, bo nie wiem, czy dałabym radę to powtórzyć.
Czekałam na jej reakcję. Byłam tak pochłonięta wizjami Nowego Jorku wieczorową porą, że chyba stałam tam z rękami zaciśniętymi w pięści przy klatce piersiowej i otwartymi ustami. Nie wiem, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Dopiero głos mamy sprowadził mnie na ziemię.
-Nie- powiedziała stanowczo.
Zakręciło mi się w głowie. Jak to?
-N-nie?- jęknęłam. Wydaje mi się, że ciągle nie zamknęłam buzi. Nagle poczułam się jakby grunt osunął mi się pod nogami. A więc tak czuje się człowiek, którego właśnie pozbawiono nadziei?
-Nie- powtórzyła- Ciocia Mary jest... nieodpowiedzialna.
-Ja za to jestem- odparłam. Nie mogę się poddać.
-Dziecko, czy ty się sama słyszysz? Chcesz, żebym pozwoliła ci pojechać do ciotki, której pewnie sama nie pamiętasz? W dodatku do Nowego Jorku, miasta, w którym na każdym kroku czają się złodzieje, zboczeńcy i inni bandyci. Nie ma mowy!
-Ale mamo, to przecież tylko jakieś cztery godziny drogi samochodem- odparłam.
-Nie- powiedziała i odwróciła głowę w stronę pani Nickolson, która przyglądała nam się w ciszy i zaczęła z nią rozmowę.
Czarne plamki zatańczyły mi przed oczami i kolana się pode mną ugięły. Właśnie dowiedziałam się, że nie spełnię swojego marzenia. Na pewno nie przed osiemnastką. A przecież pięć dni to dla mnie wieczność, nie wytrzymam dwóch lat. Odwróciłam się powoli i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Ale nie do swojego pokoju, do drzwi wyjściowych. Chyba muszę się przewietrzyć. Wirowało mi w głowie i wszelkie ,,wizje Nowego Jorku wieczorową porą'', które ukazywały mi się przed oczami, były potwornie bolesne. Ukłucia żalu towarzyszyła mi przy każdym kroku. Kiedy doszłam do drzwi oparłam na nich czoło. Poczułam na skórze chłodne drewno. Uniosłam głowę i otworzyłam je. Spojrzałam na ulicę. Teraz byłam wściekła. Zamknęłam za sobą drzwi i zrobiłam krok do przodu. Potem kolejny i ani się obejrzałam, biegłam chodnikiem w nieznanym sobie kierunku. Proste, brązowe włosy powiewały mi na wietrze, raz po raz wpadając na twarz. Zamknęłam oczy zaciskając jak najmocniej powieki. Nagle poczułam ból rozchodzący się po całym ciele. Otworzyłam oczy. Siedziałam na chodniku z ugiętymi kolanami. Zaczęłam masować sobie głowę i rozglądać się za przyczyną wypadku. Myślałam raczej o słupie, albo drzewie, a zamiast tego zobaczyłam chłopaka siedzącego niedaleko mnie w takiej samej pozycji. Zamrugał oczami i spojrzał na mnie. Podniósł się i otrzepał ręce. Podszedł do mnie i podał mi dłoń. Chwyciłam ją i szybkim ruchem podniósł i mnie. Muszę przyznać, że jest silny. Nie czułam już bólu, tylko gniew i żal. Kiedy przypomniałam sobie co jest przyczyną tych uczuć, poczułam nagłą chęć wyżycia się na kimś. Zmrużyłam oczy i uderzyłam chłopaka w pierś.
-Whou- był widocznie zaskoczony moją reakcją, bo z pewnością nie byłam szczególnie silna- Daj spokój. Do wesela się zagoi- uśmiechnął się.
O Boże. Przez chwilę zapomniałam o całym bożym świecie. Tylko przez chwilę.
-Egh!- warknęłam. Nie miałam ochoty nic mu tłumaczyć.
-Wszystko w porządku?- upewnił się.
-Tak- burknęłam.
-Jak masz na imię?- spytał.
Spojrzał na mnie w taki sposób, że zapomniałam. No dalej, przypomnij sobie!
-Kayah- odparłam. Sukces!
-Miło mi cię poznać, Kayah- uśmiechnął się. Znowu zakręciło mi się w głowie. To normalne?
-Mnie również, chociaż wolałabym nie upaść- zauważyłam wskazując ręką na chodnik.
-Taa - mruknął- Oh, już nie bądz taka delikatna. Obejdzie się bez szpitala.
Zaśmiał się, a we mnie uderzyły mieszane uczucia. Poczułam jakieś takie dziwne, słodkie uczucie i zarazem gniew. On myśli, że będę płakać, bo boli mnie kolanko? I widocznie go to bawi.
-Pff- prychnęłam- Miło się rozmawiało.
Ruszyłam w stronę domu, a przynajmniej wydawało mi się, że tam powinien być dom. Miałam cichą nadzieję, że za mną pójdzie i mnie zatrzyma, ale nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda.
                                                   *********************************

sobota, 5 września 2015

PROLOG

Od zawsze byłam grzeczną dziewczynką, miałam dobre oceny w szkole i nie sprawiałam żadnych kłopotów wychowawczych. Piekłam ciasteczka, czytałam książki, sprzątałam i pomagałam rodzicom. Taka właśnie byłam. Idealna. Mama wychwalała mnie przed sąsiadkami, tata opowiadał o mnie w pracy, a babcia podziwiała mnie razem ze swoimi koleżankami. Można by powiedzieć, że miałam wspaniałe życie. Niewątpliwie. Ale zawsze było coś, co nie dawało mi spokoju. Jeśliby wierzyć stereotypom, powinnam mieć mnóstwo przyjaciół. No wiecie, mam sporo pieniędzy, duży dom i ogólnie moi rodzice są dość znani w okolicy. Ale stereotypy czasem kłamią i przekonałam się o tym na własnej skórze. Otóż, nie mam przyjaciół. Nikt nie lubi, kiedy ktoś jest od niego lepszy. Nie to, żebym się wywyższała. Po prostu ludzie myślą, że tak twierdzę. Oczywiście nie spytają mnie o to, będą tylko poszeptywać za moimi plecami i kpić ze mnie. Nieraz już widziałam na mojej szkolnej szafce karteczkę z napisem ,,KSIĘŻNICZKA,,. Staram się tym nie przejmować. Są dni kiedy śmieję się widząc takie karteczki , słysząc szepty za plecami, ale są też dni kiedy strasznie mnie to dołuje. Dlatego moją ulubioną porą dnia jest wieczór. Mogę wtedy robić co chcę. Zazwyczaj czytam, albo słucham spokojnej muzyki. Dla innych byłoby to pewnie śmieszne, ale ja to lubię. Choć przyznaję, czasem mnie to nudzi i czuję, że potrzebuję zmiany. Ale czy mogłabym narzekać leżąc rozwalona na wielkim łóżku ze stertą poduszek pod głową? Chyba nie powinnam. Czasem nawet z nudów mam ochotę rozpruć jedną z tych mięciutkich poduszek. Moi rodzice o tym nie wiedzą, ale moim największym marzeniem jest odwiedzenie Nowego Jorku. Chęć pojechania tam wzrosła kiedy dostałam pewien list.

          Kayah
Wiem, że może mnie nie pamiętasz. Piszę do ciebie z Nowego Jorku. Chcę, żebyś              wiedziała, że mimo tego, że nie ma mnie teraz przy tobie, zawsze cię kochałam. Nie miałam możliwości mieszkać dalej w Bostonie, więc musiałam wyjechać. Wiem, wiem, szukanie pracy w Nowym Jorku może wydawać się głupie (zważywszy na to, że jest tutaj mnóstwo ludzi, niektórzy nawet wpadli na ten sam pomysł co ja), ale postanowiłam właśnie tutaj zamieszkać. Wszystko jakoś się ułożyło, ale mam straszne wyrzuty sumienia, że nie ma mnie z tobą. Albo raczej, że nie zabrałam ciebie ze mną. Już jako mała dziewczynka byłaś inna niż twoi rodzice. Wolałaś tańsze zabawki. A nawet tymi drogimi, wymyślnymi nie chciałaś się bawić! Tak sobie myślę, że lepiej byłoby ci w Nowym Jorku, ale nie ma mowy, żeby twoi rodzice się tu przeprowadzili. Dlatego chciałabym, żebyś przyjechała do mnie na wakacje. Oczywiście, jeśli tego chcesz. Do niczego cię nie zmuszam i nie naciskam, ale byłoby świetnie cię zobaczyć, a przy okazji spędziłybyśmy razem trochę czasu.
                                                                                       Kochająca Ciocia Mary

O mój Boże!
                                                                ******************

          Pierwszy krok mam już za sobą. Teraz powinno być już z górki, tak? Proszę o wyrozumiałość
                                                                                ;)