niedziela, 6 września 2015

1. Do wesela się zagoi

Przeczytałam ten list kilka razy. ,,Kochająca Ciocia Mary''. Dlaczego rodzice mi o niej nie powiedzieli? Nieważne, teraz już wiem i naprawdę BARDZO chcę jechać do Nowego Jorku. Zerwałam się z łóżka zrzucając przy tym kilka poduszek. Kiedy byłam już przy drzwiach uderzyłam dłonią w wyłącznik światła. Tata zawsze powtarza, że nie wolno marnować prądu. Zbiegłam po schodach pokonując po dwa stopnie na raz. Na samym dole zatrzymałam się nasłuchując. Mama była w kuchni i rozmawiała z panią Nickolson. Rzuciłam się w tamtym kierunku.
-Mamo!- zawołałam już w progu. Posłała mi zdziwione spojrzenie- Mogę spędzić w wakacje u cioci Mary w Nowym Jorku?
Otwarła szerzej oczy. Nie była zdziwiona, była po prostu w szoku. Widząc to dodałam:
-Prooszę.
Zrobiłam słodkie oczka. Ja MUSZĘ pojechać do Nowego Jorku. Wakacje zaczynają się już w przyszłym tygodniu, a dokładniej za pięć dni. Odliczałam do nich już w lutym, ale teraz czuję, że to tak naprawdę wieczność.
-Skąd wiesz o...?- spytała zdezorientowana.
Przewróciłam oczami.
-Wysłała mi list i zaproponowała, że mogę ją odwiedzić w wakacje, jeśli tylko chcę, a tak się składa, że bardzo chcę, a właściwie marzę o tym i byłabym bardzo, bardzo, bardzo zadowolona, gdybyście mi na to pozwolili, bo w końcu nie miałabym jechać do kogoś obcego tylko do cioci, więc praktycznie nie macie się czym martwić, bo mam już szesnaście lat i umiem sama o siebie zadbać- powiedziałam na jednym wydechu. Mam nadzieję, że wszystko zrozumiała, bo nie wiem, czy dałabym radę to powtórzyć.
Czekałam na jej reakcję. Byłam tak pochłonięta wizjami Nowego Jorku wieczorową porą, że chyba stałam tam z rękami zaciśniętymi w pięści przy klatce piersiowej i otwartymi ustami. Nie wiem, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Dopiero głos mamy sprowadził mnie na ziemię.
-Nie- powiedziała stanowczo.
Zakręciło mi się w głowie. Jak to?
-N-nie?- jęknęłam. Wydaje mi się, że ciągle nie zamknęłam buzi. Nagle poczułam się jakby grunt osunął mi się pod nogami. A więc tak czuje się człowiek, którego właśnie pozbawiono nadziei?
-Nie- powtórzyła- Ciocia Mary jest... nieodpowiedzialna.
-Ja za to jestem- odparłam. Nie mogę się poddać.
-Dziecko, czy ty się sama słyszysz? Chcesz, żebym pozwoliła ci pojechać do ciotki, której pewnie sama nie pamiętasz? W dodatku do Nowego Jorku, miasta, w którym na każdym kroku czają się złodzieje, zboczeńcy i inni bandyci. Nie ma mowy!
-Ale mamo, to przecież tylko jakieś cztery godziny drogi samochodem- odparłam.
-Nie- powiedziała i odwróciła głowę w stronę pani Nickolson, która przyglądała nam się w ciszy i zaczęła z nią rozmowę.
Czarne plamki zatańczyły mi przed oczami i kolana się pode mną ugięły. Właśnie dowiedziałam się, że nie spełnię swojego marzenia. Na pewno nie przed osiemnastką. A przecież pięć dni to dla mnie wieczność, nie wytrzymam dwóch lat. Odwróciłam się powoli i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Ale nie do swojego pokoju, do drzwi wyjściowych. Chyba muszę się przewietrzyć. Wirowało mi w głowie i wszelkie ,,wizje Nowego Jorku wieczorową porą'', które ukazywały mi się przed oczami, były potwornie bolesne. Ukłucia żalu towarzyszyła mi przy każdym kroku. Kiedy doszłam do drzwi oparłam na nich czoło. Poczułam na skórze chłodne drewno. Uniosłam głowę i otworzyłam je. Spojrzałam na ulicę. Teraz byłam wściekła. Zamknęłam za sobą drzwi i zrobiłam krok do przodu. Potem kolejny i ani się obejrzałam, biegłam chodnikiem w nieznanym sobie kierunku. Proste, brązowe włosy powiewały mi na wietrze, raz po raz wpadając na twarz. Zamknęłam oczy zaciskając jak najmocniej powieki. Nagle poczułam ból rozchodzący się po całym ciele. Otworzyłam oczy. Siedziałam na chodniku z ugiętymi kolanami. Zaczęłam masować sobie głowę i rozglądać się za przyczyną wypadku. Myślałam raczej o słupie, albo drzewie, a zamiast tego zobaczyłam chłopaka siedzącego niedaleko mnie w takiej samej pozycji. Zamrugał oczami i spojrzał na mnie. Podniósł się i otrzepał ręce. Podszedł do mnie i podał mi dłoń. Chwyciłam ją i szybkim ruchem podniósł i mnie. Muszę przyznać, że jest silny. Nie czułam już bólu, tylko gniew i żal. Kiedy przypomniałam sobie co jest przyczyną tych uczuć, poczułam nagłą chęć wyżycia się na kimś. Zmrużyłam oczy i uderzyłam chłopaka w pierś.
-Whou- był widocznie zaskoczony moją reakcją, bo z pewnością nie byłam szczególnie silna- Daj spokój. Do wesela się zagoi- uśmiechnął się.
O Boże. Przez chwilę zapomniałam o całym bożym świecie. Tylko przez chwilę.
-Egh!- warknęłam. Nie miałam ochoty nic mu tłumaczyć.
-Wszystko w porządku?- upewnił się.
-Tak- burknęłam.
-Jak masz na imię?- spytał.
Spojrzał na mnie w taki sposób, że zapomniałam. No dalej, przypomnij sobie!
-Kayah- odparłam. Sukces!
-Miło mi cię poznać, Kayah- uśmiechnął się. Znowu zakręciło mi się w głowie. To normalne?
-Mnie również, chociaż wolałabym nie upaść- zauważyłam wskazując ręką na chodnik.
-Taa - mruknął- Oh, już nie bądz taka delikatna. Obejdzie się bez szpitala.
Zaśmiał się, a we mnie uderzyły mieszane uczucia. Poczułam jakieś takie dziwne, słodkie uczucie i zarazem gniew. On myśli, że będę płakać, bo boli mnie kolanko? I widocznie go to bawi.
-Pff- prychnęłam- Miło się rozmawiało.
Ruszyłam w stronę domu, a przynajmniej wydawało mi się, że tam powinien być dom. Miałam cichą nadzieję, że za mną pójdzie i mnie zatrzyma, ale nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda.
                                                   *********************************

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz